Powoli wciągnęłam powietrze nosem pozwalając zapachowi kawy wtargnąć w moje nozdrza. Pociągnęłam łyk naparu i mimowolnie zaczęłam ziewać. Mimo że przespałam ponad dziesięć godzin czułam się potwornie zmęczona. Spojrzałam na talerz pełnych wystygniętym tostów, które Michael zrobił przed kilkoma godzinami zanim poszedł do biura, jakoś nie miałam na nie ochoty. Spróbowałam zesztywniałą ręką rozmasować zakwasy i uświadomiłam sobie swoją głupotę myśląc że to pomoże. Skończyłam pić kawę i pognałam do swojego pokoju. Nabrałam prędkości i przeskoczyłam przez całą szerokość łóżka. Przykucnęłam przy wysokiej szafie i z samego dołu wyciągnęłam dres. Poszłam wziąć prysznic z nadzieją że gorąca woda pozwoli mi pozbyć się bólu, jakże się myliłam!
Wieczorem, tak jak i za dnia było bardzo ciepło. Przebrałam tylko spodenki i pognałam do marketu. Jak na złość nie było w domu kabanosów które tak uwielbiałam podjadać wieczorami. Minęłam kilka luksusowych budynków, gdzie nie gdzie świeciły się światła. Mijając ciemnozielony budynek na chwile się zatrzymałam. Niestety wystarczyła tylko chwila żeby znów wróciło bolesne wspomnienie. Dom przed którym stałam należał do rodziców Tomasa Woulftana - mojego byłego chłopaka.
Około dwóch lat temu przeprowadził się w moje okolice wraz z rodzicami. Zakolegowaliśmy się i bardzo dużo czasu spędzaliśmy razem. Zakochałam się w nim, a on odwzajemnił moje uczucie. Niestety w miedzy czasie jego matka zachorowała i wyjechali aby leczyć ją gdzie indziej, do dziś nie wiem gdzie. Kiedy ich tu nie było, kontakt z Tomasem został zerwany, nawet nie zorientowałam się kiedy bo pojawił się Stev. Rodzina Tomasa wróciła do miasta ale chłopak o mnie zapomniał i do dzisiaj się do mnie nie odezwał. Kilkakrotnie go widziałam, wyładniał. Z pryszczatego nastolatka wyrósł naprawdę przystojny chłopak. Zapuścił włosy i zaczesywał je lekko do góry, wyostrzyły mu się zarysy twarzy...
Czasami gdy przechodziłam obok jego domu, widziałam go w oknie. Dziś gdy stałam jak otępiała i gapiłam się w budynek znów go widziałam, tylko przez sekundę ale to coś. Ruszyłam dalej.
Weszłam do parku i na chwile usiadłam na ławce, naprzeciwko pięknej fontanny. Co jakiś czas przemykał obok mnie cień, niektóry gdzieś szli pośpiesznym krokiem inni zatrzymywali się na chwile aby popatrzeć na fontane. Spojrzałam na prawy nadgarstek, na bransoletkę i zamyśliłam się. Ktoś usiadł na ławce obok mnie i odchrząkną.
-Cześć- usłyszałam znajomy, przyjemnie gardliwy głos. Spojrzałam na osobę obok i mnie zamurowało. Tomas. Przez dłuższą chwile żadne z nas się nie odezwało, aż w końcu powiedział cichutko - Naprawdę nie chcę udawać że się nie znamy, wciąż mi na tobie zależy- odwróciłam głowę.
-Mi na tobie też.
-Co? - zdezorientował się.
-No powiedziałeś że ci na mnie zależy, mi też na tobie zależy- podniosłam się z ławki i cofnęłam się o krok. Podszedł do mnie i chwycił za nadgarstki. Zmrużył oczy i przyjrzał mi się dokładnie.
-Zaczęło się.
-Nie rozumiem.
-Nieważne- wystraszył się i puścił moje ręce. Usiadł na ławce i spojrzał się na fontannę- przepraszam, za wszystko.
Spojrzałam się na niego i tak bardzo zapragnęłam go przytulić, pocałować... ale nie mogłam.
-Wpadnij do mnie jutro, pogadamy - powiedziałam i odeszłam lekko zszokowana.
* * *
Ukłoniłam się przed Juru jeszcze raz i przeszłam do osobnego dodżangu dla właścicieli czarnych pasów. Zaczęłam od medytacji - praktyki, której nikt z mojego otoczenia nie był wstanie zagłębić, za to ja ją uwielbiam. Usiadłam w pozycji lotosu. Zamknęłam oczy i umieściłam kciuki u nasady małych palców, pochylone dłonie skierowałam w górę, po czym położyłam je na kolanach. W mojej głowie rozbrzmiewały powtarzane instrukcje: plecy wyprostowane, spód zawiniętego języka dotyka wewnętrznej powierzchni górnych zębów. Przez kilka sekund oddychałam przez nos, skupiając się na wtłaczaniu powietrza do trzewi i pilnując, by nie ruszać klatką piersiową i pracować jedynie brzuchem. Na parę sekund zatrzymałam powietrze i przez chwile nie myślałam o niczym, a potem powoli wypuściłam powietrze. Powtórzyłam tę czynność kilka razy. Tylko medytacja mnie tak uspokajała, pozwoliła zapomnieć o wszystkim. Wyłączyć wszystko co było mi w momentach skupienia niepotrzebne. Niestety, efekt tego był krótkotrwały, po dłuższej chwili znów do mojej głowy napłynęły wszystkie wspomnienia związane z rodziną, domem, Stevem a nawet zaczęłam myśleć o Tomasie...Szybko otworzyłam powieki i powiedziałam sobie "dość", przez następne dwadzieścia minut rozciągałam mięśnie w wszystkie znane mi sposoby byle tylko odgarnąć niesforne myśli.Postanowiłam odbyć pumsi - rytuały, przypominające kroki gwałtownego tańca, skomplikowane układy ruchowe. Wielu ludzi których ogarnęła rządzą uprawiania sztuk walki nie uświadamiało sobie że w szczególności jest to jakiś specyficzny rodzaj aerobiku. Przez pół godziny jesteś w stałym ruchu, obracasz się, skaczesz, wirujesz - bez ustanku wymachując kończynami. Było to bardzo wyczerpujące. Razem z Pieterem, mimo osobnym grupą ćwiczących byliśmy najlepsi, wykonywaliśmy wszystkie ruchy, ciosy i uniki bezbłędnie lecz wtedy byliśmy o pięć lat młodsi, mój brat już dawno nie uczestniczy razem z mną w ćwiczeniach. Ja wykonuje tylko półtoragodzinne programy rozciągająco-wzmacniające wtedy kiedy chcę oderwać się nieco od rzeczywistości. Czasami przychodzę sama, czasami z Stevem który również uwielbiał tę tzw. przez nas "zabawę". Chłopak nie tylko ćwiczył ale brał udział w rożnych uroczystościach poświęconym temu sportowi. Kiedyś i ja brałam udział w walkach ale do tej pory zapomniałam już większości ciosów i ruchów, głownie tylko medytowałam.Na koniec odbyłam lekki sparring po czym padłam na matę i z wielkim wysiłkiem zrobiłam pięćdziesiąt pompek podpierając się na pięściach, wszystko to wykończyłam medytacją tym razem piętnastominutową. Z jękiem opadłam na matę i łapczywie wzięłam kilka głębokich oddechów.
-Zwariowałaś- usłyszałam, odwróciłam się i zobaczyłam Steva podpartego o framugę drzwi.
Ubrany był w długie, czarne jeansy i biały podkoszulek. Włosy, jak zawsze miał potargane i rozczochrane na wszystkie strony.
-Co ty tu robisz? - wydyszałam. Przekręciłam się i wstałam, podeszłam do drabinek i nieco się rozciągnęłam.
-Mistrz Juru zadzwonił do mnie i powiedział że jakaś wariatka wykańcza się w jedyna z jego dodżangu, więc przyszedłem i przyniosłem to - zza pleców wyjął mała paczkę owinięta w ozdobny czerwony papier z wielką kokardą na czubku.Podszedł do mnie i wręczył mi paczuszkę.
-Co to?- wzięłam paczuszkę do rąk.
-Otwórz to zobaczysz- Rozwiązałam kokardę i lekko uchyliłam otwarcie pudełeczka. Spojrzałam na Steva który ruchem głowy mnie zachęcił.
Otworzyłam paczuszkę i zobaczyłam lśniącą, srebrną bransoletkę. Przeplatana była jak mały, cienki warkoczyk w który wplątane było małe serduszko.
-Dziękuję, jest piękna- oznajmiłam i pognałam do szatni.
* * *
Wieczorem, tak jak i za dnia było bardzo ciepło. Przebrałam tylko spodenki i pognałam do marketu. Jak na złość nie było w domu kabanosów które tak uwielbiałam podjadać wieczorami. Minęłam kilka luksusowych budynków, gdzie nie gdzie świeciły się światła. Mijając ciemnozielony budynek na chwile się zatrzymałam. Niestety wystarczyła tylko chwila żeby znów wróciło bolesne wspomnienie. Dom przed którym stałam należał do rodziców Tomasa Woulftana - mojego byłego chłopaka.
Około dwóch lat temu przeprowadził się w moje okolice wraz z rodzicami. Zakolegowaliśmy się i bardzo dużo czasu spędzaliśmy razem. Zakochałam się w nim, a on odwzajemnił moje uczucie. Niestety w miedzy czasie jego matka zachorowała i wyjechali aby leczyć ją gdzie indziej, do dziś nie wiem gdzie. Kiedy ich tu nie było, kontakt z Tomasem został zerwany, nawet nie zorientowałam się kiedy bo pojawił się Stev. Rodzina Tomasa wróciła do miasta ale chłopak o mnie zapomniał i do dzisiaj się do mnie nie odezwał. Kilkakrotnie go widziałam, wyładniał. Z pryszczatego nastolatka wyrósł naprawdę przystojny chłopak. Zapuścił włosy i zaczesywał je lekko do góry, wyostrzyły mu się zarysy twarzy...
Czasami gdy przechodziłam obok jego domu, widziałam go w oknie. Dziś gdy stałam jak otępiała i gapiłam się w budynek znów go widziałam, tylko przez sekundę ale to coś. Ruszyłam dalej.Weszłam do parku i na chwile usiadłam na ławce, naprzeciwko pięknej fontanny. Co jakiś czas przemykał obok mnie cień, niektóry gdzieś szli pośpiesznym krokiem inni zatrzymywali się na chwile aby popatrzeć na fontane. Spojrzałam na prawy nadgarstek, na bransoletkę i zamyśliłam się. Ktoś usiadł na ławce obok mnie i odchrząkną.
-Cześć- usłyszałam znajomy, przyjemnie gardliwy głos. Spojrzałam na osobę obok i mnie zamurowało. Tomas. Przez dłuższą chwile żadne z nas się nie odezwało, aż w końcu powiedział cichutko - Naprawdę nie chcę udawać że się nie znamy, wciąż mi na tobie zależy- odwróciłam głowę.
-Mi na tobie też.
-Co? - zdezorientował się.
-No powiedziałeś że ci na mnie zależy, mi też na tobie zależy- podniosłam się z ławki i cofnęłam się o krok. Podszedł do mnie i chwycił za nadgarstki. Zmrużył oczy i przyjrzał mi się dokładnie.
-Zaczęło się.
-Nie rozumiem.
-Nieważne- wystraszył się i puścił moje ręce. Usiadł na ławce i spojrzał się na fontannę- przepraszam, za wszystko.
Spojrzałam się na niego i tak bardzo zapragnęłam go przytulić, pocałować... ale nie mogłam.
-Wpadnij do mnie jutro, pogadamy - powiedziałam i odeszłam lekko zszokowana.