28 grudnia 2013

Rozdział 2

Powoli wciągnęłam powietrze nosem pozwalając zapachowi kawy wtargnąć w moje nozdrza. Pociągnęłam łyk naparu i mimowolnie zaczęłam ziewać. Mimo że przespałam ponad dziesięć godzin czułam się potwornie zmęczona. Spojrzałam na talerz pełnych wystygniętym tostów, które Michael zrobił przed kilkoma godzinami zanim poszedł do biura, jakoś nie miałam na nie ochoty. Spróbowałam zesztywniałą ręką rozmasować zakwasy i uświadomiłam sobie swoją głupotę myśląc że to pomoże. Skończyłam pić kawę i pognałam do swojego pokoju. Nabrałam prędkości i przeskoczyłam przez całą szerokość łóżka. Przykucnęłam przy wysokiej szafie i z samego dołu wyciągnęłam dres. Poszłam wziąć prysznic z nadzieją że gorąca woda pozwoli mi pozbyć się bólu, jakże się myliłam!

*  *  *

Ukłoniłam się przed Juru jeszcze raz i przeszłam do osobnego dodżangu dla właścicieli czarnych pasów. Zaczęłam od medytacji - praktyki, której nikt z mojego otoczenia nie był wstanie zagłębić, za to ja ją uwielbiam. Usiadłam w pozycji lotosu. Zamknęłam oczy i umieściłam kciuki u nasady małych palców, pochylone dłonie skierowałam w górę, po czym położyłam je na kolanach. W mojej głowie rozbrzmiewały powtarzane instrukcje: plecy wyprostowane, spód zawiniętego języka dotyka wewnętrznej powierzchni górnych zębów. Przez kilka sekund oddychałam przez nos, skupiając się na wtłaczaniu powietrza do trzewi i pilnując, by nie ruszać klatką piersiową i pracować jedynie brzuchem. Na parę sekund zatrzymałam powietrze i przez chwile nie myślałam o niczym, a potem powoli wypuściłam powietrze. Powtórzyłam tę czynność kilka razy. Tylko medytacja mnie tak uspokajała, pozwoliła zapomnieć o wszystkim. Wyłączyć wszystko co było mi w momentach skupienia niepotrzebne. Niestety, efekt tego był krótkotrwały, po dłuższej chwili znów do mojej głowy napłynęły wszystkie wspomnienia związane z rodziną, domem, Stevem a nawet zaczęłam myśleć o Tomasie...Szybko otworzyłam powieki i powiedziałam sobie "dość", przez następne dwadzieścia minut rozciągałam mięśnie w wszystkie znane mi sposoby byle tylko odgarnąć niesforne myśli.Postanowiłam odbyć pumsi - rytuały, przypominające kroki gwałtownego tańca, skomplikowane układy ruchowe. Wielu ludzi których ogarnęła rządzą uprawiania sztuk walki nie uświadamiało sobie że w szczególności jest to jakiś specyficzny rodzaj aerobiku. Przez pół godziny jesteś w stałym ruchu, obracasz się, skaczesz, wirujesz - bez ustanku wymachując kończynami. Było to bardzo wyczerpujące.  Razem z Pieterem, mimo osobnym grupą ćwiczących byliśmy najlepsi, wykonywaliśmy wszystkie ruchy, ciosy i uniki bezbłędnie lecz wtedy byliśmy o pięć lat młodsi, mój brat już dawno nie uczestniczy razem z mną w ćwiczeniach. Ja wykonuje tylko półtoragodzinne programy rozciągająco-wzmacniające wtedy kiedy chcę oderwać się nieco od rzeczywistości. Czasami przychodzę sama, czasami z Stevem który również uwielbiał tę tzw. przez nas "zabawę". Chłopak nie tylko ćwiczył ale brał udział w rożnych uroczystościach poświęconym temu sportowi. Kiedyś i ja brałam udział w walkach ale do tej pory zapomniałam już większości ciosów i ruchów, głownie tylko medytowałam.Na koniec odbyłam lekki sparring po czym padłam na matę i z wielkim wysiłkiem zrobiłam pięćdziesiąt pompek podpierając się na pięściach, wszystko to wykończyłam medytacją tym razem piętnastominutową. Z jękiem opadłam na matę i łapczywie wzięłam kilka głębokich oddechów.
-Zwariowałaś- usłyszałam, odwróciłam się i zobaczyłam Steva podpartego o framugę drzwi.
Ubrany był w długie, czarne jeansy i biały podkoszulek. Włosy, jak zawsze miał potargane i rozczochrane na wszystkie strony.
-Co ty tu robisz? - wydyszałam. Przekręciłam się i wstałam, podeszłam do drabinek i nieco się rozciągnęłam.
-Mistrz Juru zadzwonił do mnie i powiedział że jakaś wariatka wykańcza się w jedyna z jego dodżangu, więc przyszedłem i przyniosłem to - zza pleców wyjął mała paczkę owinięta w ozdobny czerwony papier z wielką kokardą na czubku.Podszedł do mnie i wręczył mi paczuszkę.
-Co to?- wzięłam paczuszkę do rąk.
-Otwórz to zobaczysz- Rozwiązałam kokardę i lekko uchyliłam otwarcie  pudełeczka. Spojrzałam na Steva który ruchem głowy mnie zachęcił.
Otworzyłam paczuszkę i zobaczyłam lśniącą, srebrną bransoletkę. Przeplatana była jak mały, cienki warkoczyk w który wplątane było małe serduszko.
-Dziękuję, jest piękna- oznajmiłam i pognałam do szatni.

*  *  *

Wieczorem, tak jak i za dnia było bardzo ciepło. Przebrałam tylko spodenki i pognałam do marketu. Jak na złość nie było w domu kabanosów które tak uwielbiałam podjadać wieczorami. Minęłam kilka luksusowych budynków, gdzie nie gdzie świeciły się światła. Mijając ciemnozielony budynek na chwile się zatrzymałam. Niestety wystarczyła tylko chwila żeby znów wróciło bolesne wspomnienie. Dom przed którym stałam należał do rodziców Tomasa Woulftana - mojego byłego chłopaka.
Około dwóch lat temu przeprowadził się w moje okolice wraz z rodzicami. Zakolegowaliśmy się i bardzo dużo czasu spędzaliśmy razem. Zakochałam się w nim, a on odwzajemnił moje uczucie. Niestety w miedzy czasie jego matka zachorowała i wyjechali aby leczyć ją gdzie indziej, do dziś nie wiem gdzie. Kiedy ich tu nie było, kontakt z Tomasem został zerwany, nawet nie zorientowałam się kiedy bo pojawił się Stev. Rodzina Tomasa wróciła do miasta ale chłopak o mnie zapomniał i do dzisiaj się do mnie nie odezwał. Kilkakrotnie go widziałam, wyładniał. Z pryszczatego nastolatka wyrósł naprawdę przystojny chłopak. Zapuścił włosy i zaczesywał je lekko do góry, wyostrzyły mu się zarysy twarzy...
Czasami gdy przechodziłam obok jego domu, widziałam go w oknie. Dziś gdy stałam jak otępiała i gapiłam się w budynek znów go widziałam, tylko przez sekundę ale to coś. Ruszyłam dalej.
Weszłam do parku i na chwile usiadłam na ławce, naprzeciwko pięknej fontanny. Co jakiś czas przemykał obok mnie cień, niektóry gdzieś szli pośpiesznym krokiem inni zatrzymywali się na chwile aby popatrzeć na fontane. Spojrzałam na prawy nadgarstek, na bransoletkę i zamyśliłam się. Ktoś usiadł na ławce obok mnie i odchrząkną.
-Cześć- usłyszałam znajomy, przyjemnie gardliwy głos. Spojrzałam na osobę obok i mnie zamurowało. Tomas. Przez dłuższą chwile żadne z nas się nie odezwało, aż w końcu powiedział cichutko - Naprawdę nie chcę udawać że się nie znamy, wciąż mi na tobie zależy- odwróciłam głowę.
-Mi na tobie też.
-Co? - zdezorientował się.
-No powiedziałeś że ci na mnie zależy, mi też na tobie zależy-   podniosłam się z ławki i cofnęłam się o krok. Podszedł do mnie i chwycił za nadgarstki. Zmrużył oczy i przyjrzał mi się dokładnie.
-Zaczęło się.
-Nie rozumiem.
-Nieważne- wystraszył się i puścił moje ręce. Usiadł na ławce i spojrzał się na fontannę- przepraszam, za wszystko.
Spojrzałam się na niego i tak bardzo zapragnęłam go przytulić, pocałować... ale nie mogłam.
-Wpadnij do mnie jutro, pogadamy - powiedziałam i odeszłam lekko zszokowana.

7 grudnia 2013

Rozdział 1

Nigdy nie spodziewałabym się po sobie że wyjdę pobiegać w środku dnia w porę letnią. To graniczy niemal z samobójstwem.W Filadelfii w stanie Pensylwania lata są wyjątkowo duszne, pot dostaje się w wszystkie miejsca, spływa po tobie jak rzeka której nurt jest nie do zatrzymania. Gdy biegam zapominam o wszystkim, w takich momentach wchodzę w swój mały świat do którego nikt poza mną nie ma dostępu.
Postanowiłam przyśpieszyć tempo. Bolało ale tylko ból przypominał mi o tym że żyje. A ja nie chcę żyć. Wiem, jestem głupia że tak myślę ale naprawdę dziś wolałabym nie istnieć.
To przez mojego wujka, od tygodni marudzi o moich osiemnastych urodzinach...
Nie lubiłam obchodzić tej uroczystości z dwóch ważnych powodów.
Po pierwsze, nie było tam ludzi na których najbardziej mi zależało, nie było rodziców.
Kiedy miałam cztery latka moi rodzice mieli wypadek samochodowy. Mimo że ich nie pamiętam i jakiekolwiek pojęcie o ich istnieniu czerpie z zdjęć, tęskniłam a, urodziny co rok dobitniej przypominały mi o tym że ich nie ma.
Po drugie, nawet nie wiem czy można to nazwać urodzinami.
Z tego co wiem uroczystość urodzin obchodzi się w gronie przyjaciół. Przyjaciół z tego co wiem nabywa się w szkole. W moim przypadku jest to bardzo trudne gdyż nie chodzę do szkoły, nigdy nie chodziłam a nawet nigdy nie znalazłam się na terenie colleg'u!
W przeciwieństwie do mojego brata, nie jestem wyzwolonym idealistom, nie widzę świata w kolorach tęczy. Nie mówię że mam coś do niego z tego powodu, wręcz przeciwnie - podziwiam go za to z jaką prostotą i luzackim nastawieniem podchodzi do życia. Pieter jest chyba najbardziej niesamowitym i intrygującym chłopakiem jakiego można spotkać. Ledwo co stał się pełnoletni a już wyfrunął z rodzinnego domu, studiuje i pracuje dorywczo jako ochroniarz w jednym z największych muzeów w naszych okolicach. Nie zbyt często go widuje.
Minęłam fontannę na środku której znajduje się starannie wykonany posąg Neptuna. Zwolniłam tępo z szybkiego biegu do truchtu i zbliżyłam się do wody. Nabrałam jej trochę w dłonie i energicznym ruchem chlapnęłam sobie na twarz, szyje i biust. Nie pomogło.
Okrążyłam fontannę i  przetarłam czoło mokre od potu. Spojrzałam na ramiona które są całe czerwone. To był bardzo zły pomysł z bieganiem w sam środek upalnego dnia.
Szybkim tępem dotarłam na skraj parku i skręciłam w ulice na lewo. Biegłam jeszcze około trzystu metrów dopóki moim oczom pokazało się niskie wzgórze na którym znajdował się mój dom.
Biegnąć w jego kierunku mimowolnie zerknęłam na drugą stronę ulicy, na ciemno zielony budynek. Wyrzuty sumienia nie dały się o sobie zapomnieć w momencie gdy dostrzegłam znajomą twarz w oknie i w mgnieniu oka zniknął mój spokój ducha. Szybko odwróciłam wzrok i biegłam dalej. Znalazłam się na skraju ulicy a budynek który nazywany jest przeze mnie "więzieniem" pokazał się w całej okazałości.
Dom  jest koloru beżowo-brązowej cegły, ma dwa piętra. Zbudowany został w ten sposób że wydawał się bardzo staro świecki a dodatkowo takiego klimatu dodawały mu okna które według mnie są dość wyjątkowe na teraźniejsze czasy. Od domu ciągnęła się drużka do garażu oraz osobna ścieżka do wejścia. Za domem był mały ogródek i basen. Według mnie (i większości ludzi) jest to pełen luksus, to prawda. Ja sama uważam że to przesada ale to nie moje zachcianki tylko mojego wuja.Z zawodu jest prawnikiem (głównie to dzięki niemu możemy pozwalać sobie na takie luksusy). Michael to bardzo odpowiedzialna, konserwatywna osoba.  Jako mój opiekun jest bardzo surowy i nieugięty na niektóre tematy i prośby ale jako wujek i część rodziny jest bardzo kochający.
Byłam kilka metrów od wejścia do domu gdy usłyszałam skrzypiącą huśtawkę w ogrodzie. Okrążyłam budynek i spojrzałam na skrzypiące narzędzie.
Zobaczyłam bruneta w obcisłej bokserce, luźnych dresowych spodniach i skylonach. Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech.
-Stev, co ty tu robisz? - zawołałam lekko zadyszana. Oparłam się dłońmi o kolana i wzięłam kilka głębszych oddechów. Podniosłam głowę. Chłopak wstał i podszedł do mnie i położył mi dłoń na plecach. Przeszły mnie przyjemne ciarki.
-Niedawno przyleciałem i postanowiłem cię odwiedzić. - Podniosłam się i zerknęłam na chłopaka. Uśmiechał się - Ile tym razem? Widzę że nieźle się zmęczyłaś.
Odsunęłam się kilka kroków, wiedziałam że zmęczenie nie tylko było widoczne ale też było je czuć.
-Dzisiaj tylko dziesięć kilometrów, to przez te pogodę. Co powiesz na basen ?
-Jasne, tylko pobiegnę do domu się przebrać i zaraz wracam.
-Ok, to ja idę się umyć. Za godzinę będę już gotowa. Musze coś zjeść, nie jadłam nic od wczoraj wieczora. Do zobaczenia!- rzuciłam i nie czekając na odpowiedź ruszyłam w stronę drzwi.
Wyciągnęłam z doniczki klucz i wcisnęłam go w dziurkę.
W tępię błyskawicznym znalazłam się w swoim pokoju na drugim piętrze budynku.Przeskoczyłam przez łózko i doskoczyłam do szafy.Z dolnej półki wyciągnęłam piękny błękitny strój kąpielowy i skierowałam się do przestronnej łazienki. Rozebrałam się i wzięłam prysznic. Umyłam włosy swoim ulubionym kokosowym szamponem i mocno namydliłam się. Po spłukaniu wszystkich chemikaliów opatuliłam się ręcznikiem i pobiegłam do kuchni. Z lodówki wyciągnęłam kabanosy a z chlebaka dwie bułki. Po zjedzeniu popiłam wszystko sokiem pomarańczowym i wróciłam do łazienki.Zabrałam się za dokładne mycie zębów co zabrało mi około pięciu minut nałożyłam na siebie bikini i skierowałam się do tylnego wyjścia. Zamykając za sobą drzwi rozpędziłam się i wyskoczyłam w powietrze po chwili zanurzając się w wodzie. Odbiłam się od dna i usiadłam na skraju basenu.
-Niezły skok, ale patrz na to- obróciłam się i spojrzałam na steva ubranego jedynie w bokserki. Rozpędził się i wybił w powietrze z okrzykiem na ustach- na Bombę!
Po wypłynięciu zaczął się śmiać widząc moją ochlapaną twarz. Dołączyłam do niego i zsunęłam się z krawędzi.
W jego towarzystwie czułam się bardzo beztrosko.
Z stevem znam się już kilka lat, odkąd przeprowadził się w moje okolice staliśmy się nierozłączni. Wszystko zaczęliśmy robić razem, dla niego jestem tylko przyjaciółką ale nie wie że jest dla mnie kimś więcej. Chłopak odkąd skończył osiemnaście lat mieszka sam, jego rodzice pracują poza USA...Moje rozmyślenia przerwał jego głos.
-To jak, niedługo osiemnastka...
-Weź nic nie mów...-Przerwałam mu- to tylko kolejne urodzinki, nic poza tym. Wszystko będzie po staremu, nic się nie zmieni.
Podpłynęłam do rogu basenu i oparłam się na nim łokciami. Stev dołączył do mnie.
-Skąd to możesz wiedzieć?- spytał z zmartwionym wyrazem twarzy- a może się mylisz? Może wydarzy się coś czego się nie spodziewałaś, coś co zmieni twoje całe życie - spojrzał się gdzieś w przestrzeń, omijając moje spojrzenie.
-Skąd taki pomysł? Mylisz się, nic się nie zmieni. Wciąż będę tą samą Naomi, a nudny świat tym samym światem. Nie ma nic w tym niesamowitego a nawet gdyby coś się zmieniło to co z tego? Chyba już niczego nie powinnam się spodziewać, obawiać.
Na tym skończyliśmy swoją krótką wymianę zdań, nie chcieliśmy psuć sobie dnia. Stev, tak samo jak ja chciał żyć chwilą. Nie martwić się niczym.